HistoriaW matni

W matni

Defilada niemieckich sił zbrojnych w Warszawie
Defilada niemieckich sił zbrojnych w Warszawie / Źródło: Materiały prasowe
Dodano 1
Matnia oznacza sytuację bez wyjścia, wpadnięcie w sidła, potrzask, śmiertelną pułapkę. Właśnie w matni znaleźli się w 1939 r. Polacy

W matni znalazła się też Polska jako państwo. Miała przed sobą alternatywę: spełnienie żądań Niemców albo zbrojny opór w obronie niepodległości. Wybór pierwszej ewentualności łączył się z takimi konsekwencjami jak oddanie na „dzień dobry” praw w Gdańsku i suwerenności na Pomorzu, a następnie zapewne całego Pomorza, Wielkopolski i Górnego Śląska, oraz wojna z Sowietami u boku III Rzeszy. Czyli wyprawę uległego wasala pod rozkazami agresywnego suwerena, głoszącego wyższość rasy niemieckiej, dążącego nie tylko do rozprawy z bolszewickim zbrodniczym wschodem, lecz także z demokratycznym zachodem. Gdzie znalazłaby się po takiej wojnie Polska? Jaka by ona była? Czy w ogóle by była? Czy jakikolwiek naprawdę polski rząd (nieważne, czy sanacyjny, czy endecki, czy ludowy), ale przede wszystkim polski naród dumny z odzyskanej niepodległości byłby gotów zgodzić się na tak haniebną kapitulację? To jest pytanie retoryczne. Ani rząd, ani naród. Nie wtedy.

– A więc wojna! – usłyszeli słuchacze Polskiego Radia rankiem 1 września roku pamiętnego podniesiony głos spikera. A więc wojna... Polacy przystąpili do niej ufni w siłę swojej armii, w obietnice skutecznej pomocy ze strony potężnych sojuszników – Francji i Wielkiej Brytanii – przyjmując jako pewnik neutralność związanego z nami układem o nieagresji Związku Sowieckiego. I oto wszystko zawiodło.

A więc wojna…

Sztab Naczelnego Wodza trafnie ocenił siłę Wehrmachtu oraz odczytał zamierzenia i przewidział ugrupowanie wojsk nieprzyjacielskich. Nie przeprowadzono jednak dogłębnych studiów ani gier sztabowych, które wykazałyby, czym grozi armii polskiej zastosowanie doktryny blitzkriegu przez Niemców. Pochodną są wszystkie kolejne katastrofalne błędy: brak zapewnienia odpowiedniej łączności Naczelnego Wodza z dowództwami armii, nieutworzenie dowództw frontów, kordonowe rozmiesz- Matnia oznacza sytuację bez wyjścia, wpadnięcie w sidła, potrzask, śmiertelną pułapkę. Właśnie w matni znaleźli się w 1939 r. Polacy Maciej Rosalak W matni w w w. d o r z e c z y. p l do rzeczy tygodnik lisickiego 92 HISTORIA 80 lat temu: diabelska alternatywa dla Polski czenie wojsk wzdłuż granic, liczenie na to, że łączność, komunikacja, zaopatrzenie i manewry odwrotowe będą przebiegać sprawnie mimo miażdżącej przewagi przeciwnika we wszystkich rodzajach broni, a zwłaszcza w lotnictwie i szybkich jednostkach pancerno-motorowych. Niemiecki plan uderzenia na Polskę („Fall Weiss”) zakładał pobicie, okrążenie i unicestwienie głównych sił polskich na zachód od Wisły za pomocą szybkich, potężnych uderzeń z północy, północnego zachodu, południowego zachodu i południa. Słynne kleszcze stanowiły dwie grupy armii. 1 września 1939 r. Niemcy użyli przeciw Polsce: ponad 1,8 mln żołnierzy, ok. 3 tys. czołgów, 10 tys. dział i moździerzy, ponad 2 tys. samolotów. Wojska lądowe były zorganizowane w 41 dywizji piechoty (do czego należy dodać siły równe dalszym dziewięciu dywizjom, złożone z jednostek straży granicznej, jednostek fortecznych i innych), trzy dywizje piechoty górskiej, cztery dywizje piechoty zmotoryzowanej, cztery dywizje lekkie, siedem dywizji pancernych i brygadę kawalerii.

Polacy przeciwstawili ok. 1 mln żołnierzy, 800 czołgów, ponad 4 tys. dział i moździerzy, 400 samolotów bojowych. Wojska lądowe tworzyło 39 dywizji piechoty (tylko 21 w pełni zmobilizowanych i skoncentrowanych), 11 brygad kawalerii (osiem skoncentrowanych), trzy brygady górskie, jedną brygadę kawalerii zmotoryzowanej (druga była w trakcie tworzenia) i mniejsze jednostki, takie jak oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza, Obrony Narodowej, morskich strzelców.

Doktryna blitzkriegu sprawdziła się po raz pierwszy właśnie we wrześniu 1939 r., a niemiecki plan uderzenia na Polskę – choć z konieczności korygowany – również się powiódł. Oznacza to jednocześnie, że polska koncepcja walki o wysunięte pozycje, stopniowego odwrotu na główną linię oporu i utrzymania tej linii aż do czasu skutecznej ofensywy Francji i Wielkiej Brytanii okazała się błędna. Wszystko potoczyło się szybciej, niż zakładano.

Największe męstwo, zaświadczone we wspomnieniach polskich i obcych, nie wyrównywało potwornej dysproporcji sił, nie zmieniało faktu, że toczyły się jakby dwie różne wojny. Dla żołnierza niemieckiego – wojna triumfu własnej organizacji, przewagi samolotu i czołgu, silnika i stali, wojna świetnie zaplanowana i prowadzona z konsekwencją kata. Dla żołnierza polskiego – wojna potu i krwi, żmudnych nocnych marszów i odparzonych nóg, wojna pustego żołądka i magazynka amunicyjnego, wojna bezsilnej wściekłości i zapiekłej goryczy. Istotę rzeczy celnie ujął płk Marian Porwit:,,Jedynym celem wojny jest pobicie sił zbrojnych przeciwnika [...], spełnienie zadania jest uwarunkowane samym faktem posiadania takich samych środków walki, jakie posiada przeciwnik. Zupełny ich brak może obudzić któregoś dnia niewiarę we własne możliwości i stać się źródłem załamania”.

Nóż w plecy

Pierwsze uderzenia niemieckich wojsk lądowych zostały, z małymi wyjątkami, odparte niemal wszędzie. Już po południu 1 września oraz 2 września nieprzyjaciel przegrupował wojska, podciągnął odwody, zaatakował z rozmachem w najsłabszych punktach i notował coraz większe powodzenie. W ciągu pierwszych sześciu dni oddziały polskie, na wielu kierunkach pobite i już wyczerpane, próbowały zająć główną linię obrony. Do 10 września główna linia obrony polskiej została wszędzie przełamana.

Jednak 9 września armie „Poznań” i „Pomorze” rozpoczęły zwrot zaczepny na południe, który przeszedł do historii jako bitwa nad Bzurą. Po początkowych sukcesach i rozgromieniu kilku oddziałów wroga polskie uderzenie straciło rozmach. Niemcy ściągnęli siły znacznie przewyższające to, czym dysponowali dowódcy naszych armii, oraz kierowali nad Polaków fale samolotów. Zwrócono się z kolei na wschód w celu przebicia się do stolicy. Pierścień niemiecki był jednak coraz mocniejszy, a 16 września został zamknięty. Bitwa nad Bzurą, która trwała do końca drugiej dekady września, udowodniła jednak, że wojska polskie są w stanie rozwinąć ofensywę na wielką skalę oraz bić wielkie jednostki niemieckie. Szkoda, że zwrotu tego nie dokonano wcześniej. Miażdżąca przewaga niemiecka, szczególnie w powietrzu, nie pozwoliłaby oczywiście na odwrócenie losów kampanii, ale nie zapobiegłaby jej przedłużeniu i nieco bardziej wyrównanemu przebiegowi.

Dowództwo polskie starało się skoncentrować pozostałe jeszcze siły na wschód od Wisły i przegrupować je do Małopolski Wschodniej. Jednocześnie Niemcy zostali zmuszeni do przesunięcia punktu zwarcia kleszczy wojsk nacierających od północy i południa daleko bardziej na wschód – na linii Brześć– –Chełm–Lwów. Po dwóch tygodniach wojny stało się jasne, że nie można liczyć na ofensywę sojuszników.

17 września natomiast Związek Sowiecki bez uprzedzenia – zrywając układ gwarantujący pokój z Polską do 31 grudnia 1945 r. – uderzył milionową armią z tysiącami czołgów, samolotów i dział na nieliczne polskie oddziały pozostające wtedy na wschodzie. Generał Anders nazwał to „nożem w plecy”.

Rozkaz NW przewidywał unikanie walki z oddziałami sowieckimi oraz wycofywanie się na zachód i na południe. W nocy z 17 na 18 września Naczelny Wódz przekroczył granicę rumuńską i został internowany. Podobnie Adolf Hitler przyjmuje defiladę niemieckich sił zbrojnych w Warszawie w Al. Ujazdowskich po zakończeniu kampanii wrześniowej, 5 października 1939 r. fot. east news 1 6 – 2 2 I X 2 0 1 9 3 8 / 2 0 1 9 93 80 lat temu: diabelska alternatywa dla Polski HISTORIA uczynił rząd. Na terytorium państw neutralnych przedostawali się żołnierze pragnący uniknąć niemieckiej niewoli i podążyć do Francji, aby dalej walczyć z hitlerowskimi Niemcami. Polska nigdy nie skapitulowała.

Porozumienie Hitlera ze Stalinem podpisane w Moskwie 23 sierpnia (a uściślone tamże 28 września, już po rozgromieniu niemal całej armii polskiej) umożliwiło pierwszemu rozpocząć wojnę, a drugiemu zagarnąć połowę terytorium Rzeczypospolitej oraz ujarzmić, a w czerwcu 1940 r. wchłonąć, Estonię, Łotwę, Litwę i Mołdawię. Norman Davies pisał o pakcie Ribbentrop-Mołotow w „Szlaku nadziei”: „Często przedstawiany jest tylko jako cyniczne narzędzie polityczne ułatwiające Hitlerowi inwazję na Polskę, od której zaczęła się II wojna światowa, i zapewniające Stalinowi czas niezbędny do wzmocnienia obrony Rosji. Oznaczał on jednak znacznie więcej. Zawierał m.in. porozumienie o podziale Europy Wschodniej na niemiecką i sowiecką strefę wpływów, co wiązało się z kolejnym rozbiorem państwa polskiego. Był to w zasadzie wyrok śmierci dla Polski”.

Bez pomocy przeciw dwóm wrogom

Jak wynika z odprawy najwyższych dowódców Wehrmachtu, Luftwaffe i Kriegsmarine u Adolfa Hitlera w 1937 r., ten nie zamierzał wtedy wcale napadać na Polskę. Jego celem były Czechosłowacja i Francja. Po roku ta druga straciła wraz z Wielką Brytanią honor i rozum w Monachium, co zmusiło Czechów do złożenia broni i ustępstw terytorialnych na rzecz III Rzeszy, a niebawem – w marcu 1939 r. – do pełnej przed nią kapitulacji i przyjęcia niemieckiego protektoratu. Słowacja jako odrębne państwo została wasalem Niemiec. Jednak jesienią 1938 r., nie mając już do złożenia Hitlerowi czechosłowackiej ofiary, mocarstwa zachodnie starały się usilnie skierować jego agresję na wschód. Prawdopodobnie gdyby Polska przyjęła w końcu 1938 r., bądź jeszcze na początku 1939 r., niemiecką „ofertę przymierza” – czyli oddania Gdańska i zgody na eksterytorialną autostradę oraz linię kolejową przez Pomorze – oraz wspólnego marszu na Sowiety, nikt na Zachodzie by nie protestował. Przypomnijmy, że tę ofertę minister III Rzeszy Joachim Ribbentrop złożył naszemu ambasadorowi Józefowi Lipskiemu już 24 października 1938 r., a ten 19 listopada – w imieniu rządu RP – ją odrzucił. Propozycję ponowił wobec szefa polskiej dyplomacji sam Adolf Hitler 5 stycznia 1939 r. w Berchtesgaden, a potem – coraz bardziej arogancko – Ribbentrop 25 stycznia oraz jeszcze 21 marca.

Rząd Rzeczypospolitej Polskiej słusznie przewidywał, że przyjęcie żądań niemieckich oznaczałoby wasalizację Polski i coraz bezczelniejsze oraz dalej idące żądania ze strony Niemiec. Z punktu widzenia doraźnej korzyści, a mianowicie odsunięcia groźby klęski w wyniku wojny z potężnym sąsiadem, ofertę należałoby oczywiście przyjąć. Tak postępowały w tym czasie mniejsze kraje, choćby Węgry i Rumunia, nie mówiąc o całkiem małych, takich jak państwa bałtyckie. Przyjazny Polakom włoski prof. Marco Patricelli, gdy go zapytałem, co zrobiłby na przełomie lat 1938–1939 na miejscu szefa polskiej dyplomacji płk. Józefa Becka, wił się, unikał odpowiedzi, w końcu rzekł wymijająco: – W żadnym razie nie trzeba było iść pod niemiecki nóż… Pułkownik Marian Porwit analizował wytyczne polskiego dowództwa, które w marcu 1939 r. nakazywało stawić natychmiast i zdecydowanie opór zbrojny bezpośredniej lub pośredniej agresji Niemiec, co miało doprowadzić do automatycznego, czynnego wystąpienia państw zachodnich po naszej stronie. Ten dawny legionista – od 1926 r. niechętny sanacji, a w 1939 r. dowódca zachodniego przedmościa Warszawy – zauważał trafnie, że dowództwo – mówiąc o natychmiastowym wystąpieniu aliantów – nie brało pod uwagę ani takiego wariantu, że ich armie pozostaną w defensywie, ani takiego, że choć zaatakują, to bez efektu odciągnięcia sił niemieckich z frontu wschodniego. Możliwość stania przez Francuzów i Brytyjczyków z założonymi rękami ocenia następująco: „Tak obca była polskiej psychice ta hipoteza, że można usprawiedliwić wszystkich łącznie z generalnym inspektorem sił zbrojnych [czyli z marszałkiem Edwardem Śmigłym-Rydzem, podczas wojny – Naczelnym Wodzem – przyp. M.R.], że sobie takiej ewentualności nie wyobrażali”. Natomiast alianckie usiłowania zapobieżenia wojnie, prowadzone „za pięć dwunasta”, miały opłakane skutki dla zmobilizowania i dostarczenia na pozycje przynajmniej czwartej części wojsk, które miały się tam znaleźć. Tak pisał o tym gen. Władysław Anders: „Mobilizację ogólną, przygotowaną na 29 sierpnia, raptem odwołano. Trzeba zrozumieć: dosłownie na trzy dni przed rozpoczęciem wojny. Dziś wiemy, że stało się to wskutek démarche ambasadorów: brytyjskiego – Kennarda i francuskiego – Noela. Świat nie chciał wierzyć w wojnę. Polskę kosztowało to wiele, gdyż co najmniej o kilka tygodni przyspieszyło naszą klęskę”. Cóż, dziś wiemy, że ani rząd brytyjski, który w marcu udzielił gwarancji Polsce, a 25 sierpnia zawarł z nią sojusz, ani rząd francuski, który zgodnie z dawno zawartym układem sojuszniczym obiecywał rozpoczęcie ofensywy na zachodzie najpóźniej w połowie września, nie zamierzały wywiązać się z militarnych zobowiązań. Ich nielojalność potęgowało to – o czym też dowiedzieliśmy się stosunkowo niedawno – że sojusznicy znali treść tajnego protokołu do zawartego 23 sierpnia układu Ribbentrop-Mołotow, a nie poinformowali o tym Polaków. Czyli lękali się, że Polacy ustąpią wobec Hitlera w ostatniej chwili, co ich samych narazi na prowadzenie prawdziwej wojny.

Jeszcze 12 września na tajnym (przed Polakami) spotkaniu w Abbeville premierzy Francji i Wielkiej Brytanii solennie zapewnili siebie nawzajem, że nie podejmą większych działań zbrojnych na froncie. Akurat wtedy trwało polskie kontruderzenie nad Bzurą, a Sowieci nie uderzyli jeszcze ze wschodu i nie wiadomo, czy na wiadomość o wielkiej ofensywie aliantów w ogóle odważyliby się uderzyć...

Dobry wybór nie istniał

Po klęsce wrześniowej nasz opór jednak stopniowo się nasilał – zarówno w kraju, jak i na uchodźstwie, gdzie odradzały się Polskie Siły Zbrojne. Młodzi ludzie przedzierający się przez kordony sowieckie i niemieckie, uciekinierzy z obozów jenieckich nie wiedzieli wtedy, bo i skąd, że alternatywa, przed którą stanęli Polacy w 1939 r., okazała się diabelska. Dobry wybór nie istniał. Już od zawarcia sojuszu z Sowietami w 1941 r. Brytyjczycy zaczęli coraz bardziej obcesowo poczynać sobie z Polakami, a od konferencji w Teheranie po prostu wycofywali się z gwarancji udzielonych Polsce. Amerykanie umyli ręce. Zostawaliśmy sam na sam ze Stalinem. Na próżno oczekiwaliśmy pomocy z Zachodu zarówno pod koniec, jak i na początku wojny. Matnia…

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 38/2019
Artykuł został opublikowany w 38/2019 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ jba

Czytaj także

 1
  • kibic2503 IP
    Radzę poprawić artykuł, ponieważ w dwóch miejscach miały być chyba zdjęcia a wkleiły się tylko same opisy...
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także